Powrót        





Rumunia 17 VII - 1 VIII 2006 r.




  • Przed wyjazdem
  •        Pomysł wyjazdu w rumuńskie góry pojawił się na długo przed wakacjami. Chcieliśmy zdobyć najwyższe pasmo Karpat Południowych - Fogarasze i zaczęliśmy kompletować ekipę, co nie było wcale proste z powodu trudności z urlopami i małymi pociechami, które w domu ma większość z naszych znajomych. Koło kwietnia wyprawa stanęła jednak pod znakiem zapytania, gdyż pojawiła się perspektywa innego wyjazdu. W ostateczności jednak w czerwcu zadecydowaliśmy, że jedziemy do Rumunii.
            Dla większości z naszej czteroosobowej ekipy Ukraina i Rumunia były krajami zupełnie nieznanymi. Jedynie ja od kilku lat jeżdżę na Ukrainę, więc przejazd przez ten kraj nie wydawał się problemem. Gorzej było z samą Rumunią - kilka lat temu byłam co prawda w Alpach Rodniańskich, ale ze zorganizowaną grupą przewodników. Co innego uczestniczyć w takim wyjeździe, co innego organizować przejazd na własną rękę. W pamięci miałam autobusowy przejazd granicy ukraińsko - rumuńskiej w towarzystwie gigantycznych toreb i pakunków na handel, drobiu w klatkach, pamiętałam chamstwo celników, fatalny stan przygranicznych toalet i dezynsekcję (płatną!), polegającą na spryskaniu naszego autobusu jakimś płynem. : Jednak zdecydowaliśmy się na przejazd przez Ukrainę (odrzucając drogę przez Słowację i Węgry) z powodu niższych kosztów. Z mapą Fogaraszy i nieokreślonymi planami, ostrzegani przez niektórych (w końcu Rumunia to dziki kraj ... :), wyruszyliśmy w czwórkę przed siebie. Postanowiliśmy dojechać do Sâmbăty de Jos u podnóża Gór Fogaraskich i stamtąd wyjść na główną grań. Nie jest to początek tych gór, jednak miejsce to wybraliśmy, gdyż tak podpowiadał przewodnik (wyd. Pascal), a że nie zabrakło w nim kilku informacji praktycznych, dotyczących dojazdu, i perspektywy zobaczenia zabytkowego monastyru w Sâmbăcie, uznaliśmy taką opcję za wygodną. Cóż, dopiero w praktyce okazało się, że nie zawsze należy ufać przewodnikom.
            Dalszy przebieg trasy ustaliliśmy w przybliżeniu. Czas nie gonił nas bardzo, nie wiedzieliśmy też dokładnie, ile czasu zajmie nam przejście pasma, więc postanowiliśmy wszystko sprawdzić na miejscu. Po zejściu z gór zaplanowaliśmy kilkudniowy pobyt w Transylwanii. W końcu zostało postanowione: wyjazd późnym wieczorem 17 lipca, powrót w pierwszych dniach sierpnia.





  • Poniedziałek w nocy - wtorek, 17/18 lipca

  •         Wyjechaliśmy z naszej miejscowości pociągiem, w poniedziałek w nocy, z perspektywą przesiadki i czekania na dworcu w Trzebini w godzinach nadających się raczej na sen. Pociąg do Przemyśla był przeładowany, więc większą część trasy spędziliśmy na korytarzu. Rano w Przemyślu bez problemu złapaliśmy busa do granicy w Medyce (2 zł.), przeszliśmy ją piechotą i po wypełnieniu obowiązkowych karteczek z danymi i uzyskaniu w paszporcie pieczątki "tranzyt", byliśmy już na Ukrainie, godzinę starsi, z powodu konieczności przestawienia zegarków. Spod granicy taksówką za 12 hrywien od osoby dojechaliśmy, dość brawurowo zresztą, pod kantor, a później na główny dworzec we Lwowie, by złapać pociąg do Czerniowiec, stacji przygranicznej. Pociąg odjeżdżał o 11:22, niestety nie dostaliśmy już biletów do stacji docelowej, a jedynie do Iwanofrankowska - tam z powodu gigantycznych kolejek do kas nie zdążyliśmy kupić biletu na dalszą część trasy, więc pozostało nam jedynie szukanie innych środków lokomocji. No cóż, mimo niewielkiej odległości nie znaleźliśmy możliwego połączenia autobusowego do Czerniowiec, więc pojechaliśmy "etapowo": najpierw do Kołomyi, a stamtąd do Czerniowiec. Wysadzeni za centrum bez problemu dojechaliśmy trolejbusem nr 3 do dworca autobusowego, skąd spodziewaliśmy się jakiegoś połączenia do Suczawy, przez granicę. Niestety, okazało się, że godziny popołudniowe, w których dotarli byliśmy do Czerniowiec, absolutnie nie nadają się do dalszej podróży - wszystkie autobusy ("wszystkie", czyli około czterech dziennie) już odjechały ... Niewypałem okazał się też pomysł podjechania do granicy w Porubne i przejścia jej pieszo, do Siretu, z prostego powodu - granicy tej nie można przekroczyć "o własnych nogach". Rozwiązanie dosyć szybko jednak "znalazło nas" w postaci Ukraińca, Marika, który za 10 dolarów (dla porównania: przejazd autobusem kosztował 30 h, 1h = ok. 70 groszy) zobowiązał się przewieźć nas przez granicę, do Suczawy, biorąc na siebie wszystkie dodatkowe koszty (czyli nieszczęsną dezynsekcję ... ). Nie było wyjścia - wraz z dwoma spotkanymi Polkami, które też wybierały się do Rumunii, wyruszyliśmy z Marikiem, który obiecywał szybki transport do Suczawy, bez konieczności długiego stania na granicy, jak to jest w przypadku autobusów.
           Marik okazał się człowiekiem wspaniale obznajomionym z celnikami, a szczególnie z celniczkami, którym nie szczędził komplementów ("krasawica!"). Na granicy biegał z paczkami papierosów do innych samochodów, a w jego paszporcie dawanym celniczce, zwracał uwagę pokaźny plik banknotów (może za dezynsekcję? :) . Zamiast szybkiego dojazdu do Suczawy, wylądowaliśmy w nocy na jej przedmieściach (czy raczej na "przedwioskach"), gdzie czekały już samochody chętne do zabrania przewiezionej przez Marika przez granicę benzyny ... Jednak nie tylko to wiózł Marik na handel - w pewnym momencie do naszego busa podjechał samochód dostawczy, do którego z pomocnikami zaczął ładować ukryte na podłodze w busie ... choinki. Zapytany o ich przeznaczenie odpowiedział, że jest na nie wielkie zapotrzebowanie w Mołdawii... No cóż, udaliśmy, że wyjaśnienie nas satysfakcjonuje.
    My w tym czasie zastanawialiśmy się, co robić - zostać na polu namiotowym w Suczawie i jechać rano dalej, czy kolejną noc spędzić w pociągu. Problem rozwiązał się dość szybko - okazało się, że opisywane w przewodniku pole namiotowe nie istnieje, a tani hotel nad dworcem autobusowym, który też braliśmy pod uwagę, został zlikwidowany w tamtym roku. Mogliśmy jedynie przespać się na podłodze w pomieszczeniu na bagaże, ale postanowiliśmy jednak jechać pociągiem do Braszowa, a stamtąd już autobusami w Fogarasze. Krążąc więc między dworcem autobusowym a kolejowym (są w dość znacznej od siebie odległości), zostaliśmy w końcu na tym drugim, a nie mogąc się dostać do Braszowa (nic nie jechało o tej porze), wybraliśmy nocny pociąg do Bukaresztu, zamierzając wysiąść rano w Ploeszti i stamtąd łapać pociąg do Braszowa. Pieniądze rumuńskie, leje, wymieniliśmy oczywiście u Marika, który prowadził także "obwoźny kantor" i nie zostawił nas w środku nocy w Suczawie tylko dlatego, że wpadła mu w oko jedna z dwóch towarzyszących nam Polek, blondynka oczywiście.
    Biletu do Ploeszti też nie kupiliśmy w konwencjonalny sposób. Można powiedzieć nawet, że w ogóle go nie kupiliśmy. Bardzo szybko bowiem na dworcu, jeszcze przed kupnem przez nas biletów w kasie, napatoczył się konduktor, który obiecał nam przejazd w pierwszej klasie do Ploeszti za cenę drugiej. Bilety miał wypisać po przyjściu do naszego przedziału. Przyszedł rzeczywiście, ale dopiero rano, przed stacją wysiadkową. Biletów na oczy nie ujrzeliśmy, a pieniądze poszły do jego kieszeni :)
           Ulokowani więc bezpiecznie w pierwszej klasie, wraz z dwoma Polkami, które też jechały do Braszowa, chcieliśmy już spokojnie zasnąć, gdy nagle zawołał nas Robert, chcąc nam coś pokazać. Poprowadził nas do pociągowej toalety, na której podłodze leżały ... choinki. No cóż, skwitowaliśmy sytuację wybuchem śmiechu, bo choinki prześladowały nas dzisiaj od samej Ukrainy.





  • Środa, 19 lipca





  •         Rano wysiedliśmy w Ploeszti, by łapać pociąg do Braszowa. Oczywiście i tym razem nie mogło być prosto - w Ploeszti są aż cztery dworce kolejowe i akurat ten, na który przyjechaliśmy, nie okazał się tym, z którego mamy odjeżdżać ... Przejechaliśmy więc na drugi dworzec, skąd za resztkę pieniędzy kupiliśmy bilety na accelerat (pociąg przyśpieszony) do Braszowa. W trakcie podróży przejeżdżaliśmy przez Sinaię i Buşteni i z okien pociągu mogliśmy podziwiać góry Bucegi z Crucea Caraiman na pierwszym planie. Po przyjeździe na miejsce busem dojechaliśmy do Făgăraş, zamierzając stąd podjechać już do miejscowości u podnóży Fogaraszy. Przewodnik wspominał o autobusie do kompleksu turystycznego Sâmbăta, jednak znalezienie przystanku, skąd miałby odjeżdżać, okazało się niemożliwe. Przez godzinę niemal pytaliśmy różnych ludzi w Făgăraş (przy okazji oglądając z różnych stron zabytkowy zamek), jednak ani co do miejsca odjazdu, ani co do godziny, nikt nie potrafił nam dać jednoznacznej odpowiedzi. W końcu Robert zaczepił grupkę Cyganów i zawołał mnie, bo ich syn znał włoski, z którym ja miałam kiedyś do czynienia. W trakcie konwersacji z chłopakiem, lustowana byłam przez jego ojca, który w końcu zapytał nas, czy jesteśmy z Polski ... po polsku! Okazało się, że mówi w naszym języku zupełnie dobrze, gdyż przez dwa lata mieszkał w Polsce. Wziął nas pod swe "opiekuńcze skrzydła" i wypytywał, kogo się dało, ale nawet on nie zdołał się dowiedzieć, co z tym autobusem ... W końcu okazało się, że nawet jak autobus się znajdzie, to dojeżdża tylko do Sâmbăty de Sus, a stamtąd czeka nas jeszcze kilkanaście kilometrów asfaltu do kompleksu turystycznego. Zostało nam tylko jedno wyjście (już na początku brane pod uwagę) - taksówka, jednak cena wydała nam się zbyt duża. Wszyscy taksówkarze chcieli minimum 50 lei (1 leja to około 1, 20 zł,), w końcu jeden kazał nam wsiadać, kiwając głową na "tak", gdy pokazaliśmy mu karteczkę z wypisaną ceną 45 l. Po załadowaniu najpierw pojechał w przeciwnym kierunku, na stację, by uzupełnić braki gazu (taksometr oczywiście włączył), a potem zawiózł nas do celu, pod kompleks turystyczny, żądając oczywiście ceny o wiele wyższej. Nie daliśmy się jednak, zapłaciliśmy tyle, na ile się umawialiśmy, a taksówkarz trzasnąwszy drzwiami odjechał coś tam mrucząc pod nosem.
            A my, po zwiedzeniu ufundowanego przez hospodara Constantina Brâncoveanu, siedemnastowiecznego monastyru Sâmbăta de Sus (wstęp do monastyru w spodenkach był zabroniony, więc Robert został specjalnie ubrany w długą "spódniczkę" przez pilnującego wejścia zakonnika) późnym popołudniem, po dwóch dniach i nocach spędzonych na dojazdach, ruszyliśmy wreszcie w góry, zamierzając rozbić się w jakimś nadającym się na nocleg miejscu. Szlak czerwonego trójkąta zaprowadził nas jednak pod samo schronisko Valea Sâmbetei (1401 m. n.p.m.), gdzie dotarliśmy już pod wieczór. Pierwsze rozkładanie namiotu, pierwsze mycie w strumyku, pierwsza "pulpa na kolację" (ryż z sosem i kawałkami konserwy - na ciepło), pierwsze piwo dla niektórych :) - i już mogliśmy się położyć spać pod rozgwieżdżonym niebem.









  • Czwartek, 20 lipca

  •         Rano przy śniadaniu (kaszka z bakaliami... ) "zaznajomiliśmy" się z piątką chłopaków z Polski, którzy też przyjechali w Fogarasze. Jednego z nich, nazwanego przez nas "Turnauem" z powodu podobieństwa do znanego muzyka, przed naszym przyjazdem okradli Cyganie, rozcinając mu namiot w nocy, wyciągając plecak, i odjeżdżając czekającym już samochodem, zanim zdążył zareagować. Później dowiedzieliśmy się, że takie praktyki nie są niczym szczególnym. Według słów jednego Rumuna - "Cyganie żyją z turystyki"... Gdy turysta przyjeżdża po południu do jakiejś wioski, by z niej wyjść w góry, od razu go sobie upatrzą i idą za nim tak długo, aż wiedzą, gdzie rozbił namiot (wiadomo - do wieczora daleko nie zajdzie), a w nocy go okradają. W górach nie ma oczywiście problemu, ale w pobliżu wiosek trzeba się mieć na baczności, dlatego przed pójściem spać staraliśmy się od tej pory zabezpieczać nasz sprzęt.
           Tego dnia czekało nas mozolne podejście na główną grań, do przełęczy Fereastra Mare, skąd zamierzaliśmy ruszyć na zachód i przejść głównym szlakiem jak największą część Fogaraszy. Pogoda nam dopisywała, szliśmy więc aż do wieczora, mijając ciągle te same grupki ludzi, "Turnaua" z ekipą, trójkę Niemców i Poznaniaka Borysa z dziewczyną. Tak to już jest w Fogaraszach, że rozbić się można w określonych miejscach, zazwyczaj oddalonych od siebie o dzień marszu, więc często spotyka się te same osoby, jeśli wybrały ten sam szlak.
           Od przełęczy Fereastra Mare a Sâmbătei zmieniliśmy szlak na czerwone prostokąty i połoninami, miejscami trawersując stoki, doszliśmy do miejsca naszego noclegu - w pobliżu Refugiul Portiţa Viştei, u stóp Viştea Mare i Moldoveanu. Refugia to rodzaj niezagospodarowanch schronów, "budek" z metalowymi bądź drewnianymi pryczami do spania. Z braku miejsc i z powodu zapachu drażniącego nosy przy wejściu do schronu, wybraliśmy nocleg w namiocie, na łączce opodal szlaku, kończącej się schodzącą do doliny przepaścią. Jako że po wodę trzeba było dość sporo schodzić w dół, z drugiej strony ścieżki, zrezygnowaliśmy tym razem z wieczornego mycia. Następnego dnia czekało nas podejście na najwyższy szczyt Rumunii - Moldoveanu.







  • Piątek, 21 lipca


  •         Dziś, po tradycyjnym śniadanku, czyli kaszce na mleku z bakaliami, zaczęliśmy wspinaczkę na najwyższe szczyty Fogaraszy. Najpierw zdobyliśmy Viştea Mare (2527 m. n.p.m.). Z tego szczytu, od głównej grani na południe odchodzi piętnastominutowy szlak na najwyższy szczyt. Pozostawiwszy plecaki, przy pięknej pogodzie udało nam się zdobyć Moldoveanu (2544 m. n.p.m.)! Tu już spotkaliśmy więcej ludzi, wiadomo ... Widok nagich szczytów z Moldoveanu i Viştea Mare jest naprawdę niesamowity! Wkrótce zaczęły napływać mgliste chmury, a my byliśmy ponad nimi.
           Po zejściu z Moldoveanu, trawersując stoki, przez przełęcze i szczyty (Vf. Carabia, Saua Podragului) dotarliśmy do rozgałęzienia szlaków i wybraliśmy zejście do Cabany Podragu na nocleg. Jest to najwyżej położone schronisko w Fogaraszach (2136 m. n.pm.), z przyjaznymi "mieszkańcami", osłami, które towarzyszyły nam przy rozbijaniu namiotu. Niestety, inni mieszkańcy, psy pasterskie, wyjątkowo brudne i szperające w wielkim śmietniku za schroniskiem, nie okazały się już takie miłe. Nie dość, że bacznie śledziły nasze przygotowania do posiłku, to jeszcze wybrały jeden z rozbitych przez innych namiotów jako miejsce załatwiania swych potrzeb czy znakowania terenu ... Dobrze, że właścicieli namiotu wtedy nie było.
           A my, po pobieżnym "zwiedzeniu" dość ascetycznego schroniska z międzynarodowym towarzystwem i rozdysponowaniu wieczornych napojów (tradycyjne ziółka dla Maryni i "odczasudoczasutradycyjne" piwo dla nas) udaliśmy się do "osiedla" namiotów, by odpocząć przed kolejnym dniem.





  • Sobota, 22 Lipca


  •         Ranek zapowiadał się piękny, jednak po złożeniu namiotów zaczęło się chmurzyć i gdy wyszliśmy spod schroniska, by wrócić na główną grań, zaczęło padać i góry znikły pod chmurami. Mimo tego zdecydowaliśmy się iść nadal główną granią, choć do jeziorka Capra, miejsca naszego kolejnego noclegu, prowadził inny szlak, omijający główną grań.
           Po osiągnięciu grani zostawiliśmy po prawej stronie mgły i nadciągające znad Muchia Tărâţa chmury; po lewej, w dolinach, nadal było słońce. Znośna pogoda towarzyszyła nam aż do jeziorka Podu Giurgiului, któremu lód pod wodą u brzegu nadawał ślicznego, niebieskiego koloru. Marysia oczywiście zrobiła na śniegu orła (patriotka ... ), a Szymon, ubrany w pelerynę przeciwdeszczową przywiódł nam na myśl Batmana.
           Od wyjścia na kolejny szczyt pogoda zaczęła się niestety psuć, utonęliśmy w mgłach, a na domiar złego, złapała nas burza. Na głównej grani, i, jak na złość, na jej fragmencie z łańcuchami i linami. Burza nad głową, w ręku żelazna lina - na szczęście żadne z nas nie spełniło funkcji piorunochronu i, mimo mijania kilku pomników ludzi, którzy tu zginęli, udało nam się dojść do przełęczy Portiţa Apraşului (Strunga Mică) i charakterystycznej formacji skalnej pod nazwą Okno Smoków. Niedaleko, pod nami, znajdował się kolejny schron, niestety z powodu mgły dochodziły do nas tylko odgłosy, samego budyneczku nie widzieliśmy.
           Fragment, który właśnie przeszliśmy, z pomnikiem Nerlingera, który zginął tu przed II wojną światową, jak się później okazało, nosił dość poetycką nazwę "Trzy kroki od śmierci". Od tego momentu rozpoczęła się mniej skomplikowana wędrówka, a w jej czasie, na skałach w górze zobaczyliśmy nawet kozicę. Po zdobyciu jeszcze jednej góry wreszcie ujrzeliśmy w dole jeziorko Capra z charakterystycznym obeliskiem i fragment szosy transfogaraskiej. Rozbiliśmy się przy ścieżce, po której do późnej nocy chodzili ludzie - być może w związku z bliskością słynnego schroniska Bâlea Lac i szosy. Tej nocy woda w strumyku była przeraźliwie zimna, nie pomógł nawet widok zachodu słońca oświetlającego góry.









  • Niedziela, 23 lipca






  •         Dochodząc do jeziorka Capra znaleźliśmy się w bardziej ruchliwej części Fogaraszy, czego doświadczyliśmy najdobitniej, gdy po śniadaniu i "relaksującej" wspinaczce na górę ponad namiotami, udaliśmy się w dalszą drogę. Z pobliskiej przełęczy mogliśmy wreszcie zobaczyć przynajmniej część ukrytych w tym dniu pod mgłą zakrętów szosy transfogaraskiej przy Cabanie Bâlea Lac. Z cabany prowadził na przełęcz krótki szlak, którym zaczęli napływać "niedzielni turyści", głośni, w eleganckich butkach i tak wyperfumowani, że czuliśmy ich na odległość. Na szczęście ruszyliśmy dalej, główną granią, więc szybko straciliśmy ich z oczu. Tego dnia, poprzez Vf. Paltinului, Vf. Laiţę i Vf. Lăiţel ( przy okazji spotkaliśmy bardzo miłego rumuńskiego chłopaka, który opowiadał nam o dalszej części szlaku), doszliśmy do jeziorka Călţun z charakterystycznym schronem w kształcie połowy walca. W środku spotkaliśmy oczywiście wszystkowiedzącego Borysa z towarzyszką, lecz mimo tego zdecydowaliśmy się spędzić tam noc, by choć raz spać w rumuńskim schronie, tym bardziej, że wkrótce w kotle zaczął szaleć wicher, wszystko zakryły mgły, więc refugiul Călţun dawał lepsze schronienie przed świszczącym, silnym wiatrem. Jak silnym, poczułam na własnej skórze, gdy wyszłam ze schronu umyć menażkę po rosole. Woda do płukania z resztkami makaronu, wylana pechowo pod wiatr, wróciła do mnie z wielką siłą, oblewając mi włosy pamiątką po kolacji.
           A w środku byliśmy skazani na towarzystwo Borysa, który wszystko wiedział lepiej i wszystkiemu, co robiliśmy, się dziwił. Gdy korzystając ze znośnych, "nienamiotowych" warunków zaczęliśmy robić po kolacji kisiel, zapytał nawet, czy zawsze tak dużo jemy ... Bo Borys oczywiście nie nosił, jak my, różnego jedzenia, tylko przygotowaną wcześniej w Polsce mieszankę sojowo - warzywną do zalewania gorącą wodą. Po kilku minutach rozmowy mieliśmy go serdecznie dość, ale na szczęście, z jego rozmów z dziewczyną wywnioskowaliśmy, że następnego dnia już schodzą, skończyło się więc codzienne mijanie na szlaku i wspólne noclegi.







  • Poniedziałek, 24 lipca


  •         Tego dnia wyszliśmy wcześniej, wiedząc z doświadczenia, że po południu nad Fogarasze napływają chmury i pogoda się psuje. Mieliśmy do pokonania jeden z trudniejszych fragmentów - Strungę Dracului, zwaną Kominem Diabelskiego Przechodu, która prowadzi na przełęcz pod drugim co do wysokości szczytem Rumunii - Negoiu (2535 m. n.p.m.) Zanim jednak dotarliśmy pod najeżony skałami i łańcuchami kominek, za przełęczą Portiţa Călţunului i odbiciem szlaku na Strungę Doamnei natknęliśmy się na fragment dość stromej ścieżki przykrytej śniegiem, z wystającymi tylko gdzieniegdzie łańcuchami. Mnie i Robertowi udało się przejść, niestety Szymon idąc śniegiem w górę, poślizgnął się i zjechał w dół. Mery w pierwszym odruchu rzuciła się, by go chwycić i ratować, co tylko mogło pogorszyć sytuację. Na szczęście Szymon zatrzymał się niżej i poza podrapaniem nic groźnego się nie stało. Gorzej jednak z nastawieniem - zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie wrócić czasem i wybrać prostszej drogi na Negoiu, jednak zdecydowanie bardziej woleliśmy iść dalej, nawet trudniejszym fragmentem, niż wracać przez zaśnieżoną, zdradliwą ścieżkę. Z takim nastawieniem dość "zgrabnie" i, mimo kilku trudniejszych fragmentów, bez większych problemów przeszliśmy słynną Strungę, by na górze dać upust uwolnionym emocjom i "odegrać się" wampirzemu fragmentowi ... Wyjście stąd na Negoiu było już tylko formalnością. Na górze Marysia rozpoczęła lingwistyczne podchody z obecnym tam starszym mężczyzną w celu zrozumienia kilku rumuńskich słówek ("numaje" znaczy "koniec"). Po zasłużonym posiłku i odpoczynku zeszliśmy do przełęczy Popasul lui Mihai, u stóp Negoiu. Z powodu chmur i niepewnej pogody zrezygnowaliśmy z dalszej, najtrudniejszej wędrówki na Şerbotę, postanowiwszy po dniu pełnym wrażeń przynajmniej raz zejść na wcześniejszy nocleg. Do wyboru mieliśmy Cabanę Negoiu (zejście na północ), jednak następnego dnia, wracając na główną grań, musielibyśmy pokonać dość znaczną różnicę wysokości. Zeszliśmy więc dość stromo szlakiem czerwonego trójkąta na południe, w stronę jeziora Vidraru, rozbijając się dość szybko w pierwszym nadającym się do tego miejscu, by następnego dnia łatwo wrócić na przełęcz. Zastanawialiśmy się dość długo, jak iść kolejnego dnia na Şerbotę, czy grupami czy razem, zostawiając plecaki wśród skał (nasłuchawszy się opowieści o trudności tego odcinka, czy nawet głosów odradzających pójście tym fragmentem). Rano podjęliśmy jednak decyzję, że wyruszamy razem z całym dobytkiem, by nie wracać powtórnie w miejsce noclegu, lecz iść dalej.












  • Wtorek, 25 lipca

















  •        Rano, razem z grupą Czechów czy Słowaków, którzy rozbili się o wiele niżej, w pobliżu jeziora, wyszliśmy na przełęcz. Przed nami rozpościerała się Custura Sărăţii - najtrudniejszy odcinek Gór Fogaraskich, skalista grań prowadząca na niepozorny szczyt Şerbota. Trudnością tego fragmentu jest brak łańcuchów czy jakichkolwiek sztucznych ułatwień, dlatego miejscami trzeba się wdrapywać na skały, a pod samym szczytem wspinać się skalistym kominkiem. Pogoda jednak dopisała; ułatwieniem dla nas był również fakt, że w większej części wychodziliśmy w górę niż schodziliśmy. Po trudnej wspinaczce i wyjściu na Şerbotę ze zdumieniem zobaczyliśmy, że dalej grań zmienia swój charakter - skończyły się skały, a zaczęły połoniny i zejście z Şerboty okazało się łagodne, zupełnie przeciwstawne ścieżce, którą wychodziliśmy.
           Od tego momentu rozpoczęła się dość miła wędrówka. Zatrzymaliśmy się obowiązkowo na tradycyjny posiłek w drodze - "zapychacza" (wszelakie dostępne bakalie i musli wymieszane z czekoladą do smarowania pieczywa), jednak przynagleni odgłosami zbliżającej się burzy i mgłami ruszyliśmy dalej - mijając Vf. Musceana Scârii i schron Scari, weszliśmy na Vf. Scara. Od opuszczenia szosy transfogaraskiej coraz mniej ludzi mijaliśmy na szlaku, za to znów pojawiły się stada owiec i będące potencjalnym zagrożeniem psy pasterskie. Na jedno z takich stad natknęliśmy się po zejściu ze Scary; pilnujący go dwaj pasterze od razu zapytali o cygarety, a że schodziliśmy już powoli z gór, daliśmy im całą paczkę, tym bardziej, że nikt z nas nie pali, a papierosy wzięliśmy specjalnie na takie okazje. Młody pasterz znał trochę angielski, stary po swojemu wypytywał, skąd jesteśmy, a że widać było, iż są zadowoleni z papierosów, zapytałam (a raczej pokazałam), czy mogę zrobić foto. Starszy pasterz od razu wstał, poprawił się, wziął swój kij i pakunek i ustawił się do zdjęcia. To pozowanie było tak komiczne, że uznaliśmy, że zdjęcie to będzie zdjęciem wyjazdu:
           Stąd niedaleko już było do jeziora Avrig - miejsca naszego kolejnego, ostatniego na głównej grani, noclegu.







  • Środa, 26 lipca







  •         Tego dnia dość długo marudziliśmy przy jeziorku, czas nas nie gonił, dziś mieliśmy już schodzić, więc chcieliśmy jeszcze trochę pobyć w prawdziwych górach. Mieliśmy też okazję spotkać wycieczkę "nudystów" niemieckich. Dość pokaźna grupa zatrzymała się przy jeziorku i parę osób, różnej płci i w różnym wieku, po zrzuceniu z siebie wszystkiego, zażyło orzeźwiającej kąpieli w górskiej wodzie. A my, zebrawszy się wreszcie, po raz ostatni zaczęliśmy się wdrapywać na szczyty - przez Budislavu i Surul doszliśmy do przełęczy Şaua Surului, moczeni trochę deszczem. Tu, po zjedzeniu ostatnich zapasów (niestety, chleba dawno nie mieliśmy, a co bardziej pożywne jedzenie też się skończyło), opuściliśmy w końcu na dobre główną grań, by zejść długim szlakiem czerwonych trójkątów do wioski Sebeşu de Sus, która na mapie wyglądała na dość pokaźną i obiecującą transport z większymi miejscowościami. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się zejść, rozbić gdzieś nad wsią (ze względów bezpieczeństwa) i kupić we wsi kiełbasę na ognisko. Niestety szlak był dość długi, my wyszliśmy późno, więc musieliśmy kolejny dzień spędzić na ostatkach zupek w proszku. Zaraz po zejściu z grani zaczęła się urocza dolinka, zobaczyliśmy pierwsze drzewa po kilku dniach skalistych zboczy, nawet burza przeszła gdzieś bokiem, więc szło się dość przyjemnie. Od schronu Suru i ruin dawnego schroniska zaczęła się wędrówka lasem; pod wieczór zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Jak na złość w jedynym miejscu z wodą stał już namiot z podejrzanie wyglądającymi facetami (jeden miał nawet rzucające się od razu w oczy tatuaże), więc nie zdecydowaliśmy się na ich wieczorne towarzystwo. Byliśmy już dość blisko wsi, widzieliśmy drogę i budynki w dole, więc rozbiliśmy się w miejscu, gdzie leśna ścieżka była trochę szersza. O myciu i porządnym posiłku nie mogło być oczywiście mowy, ale następny dzień obiecywał wiele - mieliśmy zacząć podróż po Transylwanii.
















  • Czwartek, 27 lipca








  •         Do wioski nie było już daleko. Zebraliśmy nasze namioty (poderwaliśmy się właściwie na dźwięk dzwonka idącego w stronę gór mężczyzny z osłem) i zeszliśmy do wioski Şebesu de Sus. Wzdłuż niewyasfaltowanych ulic ciągnęły się niskie domy, fantazyjnie ozdabiane i malowane, z ozdobnymi okiennicami i bramami z suchymi bukietami. Przywodziły na myśl hacjendy, oczywiście w środkowoeuropejskim wydaniu. Zaszliśmy oczywiście do sklepu (tzw. mix, gdzie oprócz żywności znajdowały się np. ubrania, np. piżamy), potem do cerkwi, z której właśnie wracali mieszkańcy. Okazało się, że aby dojść do przystanku, trzeba wyjść poza wieś; jeden z zagadanych mężczyzn wskazywał nam kierunek, dość często używając słowa "dupe". Do dziś nie wiemy, co znaczyło...
           Gdy doszliśmy do głównej drogi, okazało się, że stacja kolejowa jest zdewastowana. Zapytany o transport młody chłopak z rowerem okazał się bardzo uczynny; pobiegł na stację dowiedzieć się o pociąg, a później zaprowadził nas do kolejnej stacji, Podu Olt. Próbował rozmawiać z nami po angielsku, ale znał tylko podstawy, więc zaczynał po angielsku, a potem zapominał się i "nawijał" po rumuńsku. Zaprowadził nas pod samą stację, a nawet wspiął się na ławkę i palcem pokazał pociąg do Sybina. Przejażdżka rumuńską osobówką też była niczego sobie; wlecze się toto niemiłosiernie, za to w środku można spotkać wszystkich - wędkarzy ze sprzętem, babuszki z wielkimi pakunkami na handel, Cyganów z kilkorgiem dzieci, kolejarzy biorących w łapę.
           W Sybinie od razu rzuciliśmy się na kupione jedzenie (pieczywo ... ), a potem zaczęliśmy szukać noclegu. Bardzo taniego nie udało nam się znaleźć, więc wybraliśmy hostel za 11 euro. Dostaliśmy osobny pokój i wreszcie mogliśmy się porządnie umyć w gorącej wodzie i wyprać nasze rzeczy. Potem zaczęło się zwiedzanie miasta z kilkoma miłymi rynkami (największy z nich, Piaţa Mică, czaruje podświetlanymi nocą fontannami), wieżą ratuszową, słynnym Mostem Kłamców (według legendy most zawali się, jeśli przejdzie po nim kłamca) i kilkoma świątyniami różnych wyznań, przede wszystkim ze wspaniałym kościołem ewangelickim z charakterystycznymi, kolorowymi wieżyczkami. Dość dobrze zachowane są również mury miejskie, a knajpki i restauracje nadają miastu miłego klimatu. Oczywiście po ponad tygodniu w górach nie mogliśmy sobie odmówić spędzenia w nich kilku chwil; po kilkakrotnym zmienianiu lokali późnym wieczorem dotarliśmy do hostelu, w którym spotkaliśmy dwóch sympatycznych Polaków. Wcześniej, idąc uliczkami Sybina, usłyszeliśmy pod swym adresem "O, Polacy!". To jeden z tych właśnie Polaków poznał swego ziomka. Po czym? Robert miał koszulkę z "Żywca" :)



















  • Piątek, 28 lipca


  •        Po krótkim pobycie na rynku w Sybinie udaliśmy się do kolejnego transylwańskiego miasteczka, słynnej średniowiecznej Sighişoary (z przesiadką w Copsa Mica). Tu na dworcu czekali już ludzie chętni ofiarować nocleg za przyzwoitą cenę. Wybraliśmy młodych ludzi, którzy zaprowadzili nas do swego domu (i "obejścia" z kaczkami) z pokojem pełnym pluszaków. Niestety okazało się, że nie ma tu łazienki. Zrezygnowaliśmy, ale idąc drogą nie mogliśmy narzekać na brak ofert. Pewna dziewczyna zaprowadziła nas do jakiegoś ciemnego, niemal piwnicznego pomieszczenia przerobionego na pokój. Prysznic był niestety w sąsiednim domu i płatny, więc już chcieliśmy rezygnować, ale kobieta zaprowadziła nas do sąsiadki. Prysznic był, a pokój, który zajęliśmy niespodziewanie dla starszej kobiety, był chyba jej małżeńską sypialnią, bo zaczęła naraz zbierać swe rzeczy. Jej mąż nie wydawał się zachwycony koniecznością spania w innym pokoju. Tu jednak okazało się po raz pierwszy, że narodowość wpływa na cenę. My płaciliśmy dość rozsądną cenę, sąsiadki - Francuzki niemal dwa razy tyle.
           Zwiedzanie miasta zaczęliśmy od wizyty na targu; wychodząc musieliśmy się odpędzać od małych, brudnych i bosych Cyganiątek, które z wyciągniętą dłonią biegały za nami wymawiając wyjątkowo grubym głosem: "Leja, leja". W obręb starówki zaś weszliśmy dopiero po zapłaceniu biletu, okazało się bowiem, że trafiliśmy na odbywający się w Sighişoarze coroczny trzydniowy Festiwal Średniowiecza. Cudowne, wąskie i malownicze uliczki były niestety zadeptane i pełne ludzi w strojach z epoki, za to mogliśmy zobaczyć kilka występów, czy posłuchać grup muzycznych grających wprost na ulicy. Zobaczyliśmy też zabytki: czternastowieczne mury z szeregiem wież, w tym ze słynną Wieżą Zegarową, stare schody prowadzące do Kościoła na Wzgórzu czy Dom Drakuli. Ponownie spotkaliśmy też dwóch Polaków, którzy "na wesoło" dzielili się swymi spostrzeżeniami - tłumy na uliczkach okazały się wspaniałą okazją dla Cyganów. Pozostawiona przez jednego z Niemców na stole woda mineralna wkrótce już uciekała z małym Cyganiątkiem, które zostało oczywiście pochwalone przez matkę za radzenie sobie w życiu.
           A my dość długo kręciliśmy się po uliczkach, obok kościółków i wielobarwnego tłumu. Potem zeszliśmy do Dolnego Miasta, w którym również odbywały się koncerty, tym razem rockowe. Wracając na nocleg obiecaliśmy sobie, że do Sighişoary jeszcze kiedyś wrócimy, w jakimś spokojniejszym dla miasta okresie.


















  • Sobota, 29 lipca




  •        Następnego dnia tanim, ale baaardzo wolnym pociągiem osobowym pojechaliśmy do Braszowa - rumuńskiego Krakowa. Na dworcu, zaczepieni przez świetnie mówiącą po angielsku panią Ginę, zdecydowaliśmy się na nocleg w jednym z jej mieszkań do wynajęcia. Warunki były bardzo dobre, cena i lokalizacja też, toteż wkrótce już, po rozpakowaniu, mogliśmy się wybrać na zwiedzanie miasta. Zaczęliśmy od rynku z ratuszem, słynnym Domem Hirschera (odpowiednikiem krakowskich Sukiennic) i jeszcze słynniejszym chyba Czarnym Kościołem, którego nazwa nawiązuje do pożaru świątyni w XVII w. Później obejrzeliśmy obwarowania starówki, przede wszystkim widoczną z rynku Białą i Czarną Wieżę, Bramę Katarzyny i Bramę Schei, prowadzącą do dzielnicy o tej nazwie. Podczas gdy w obrębie murów mieszkali osadnicy sascy, dzielnicę Schei zamieszkiwali wyłącznie Rumuni. Ciekawym zabytkiem tej okolicy jest cerkiew świętego Mikołaja i budynek najstarszej rumuńskiej szkoły z XV w.
            Braszów to miasteczko pełne knajpek i urokliwych miejsc, jak choćby najwęższa uliczka środkowo - wschodniej Europy - str. Sforii (ok. 1, 30 m szerokości), czy górujące nad miastem wzgórze z widoczną z daleka nazwą "Brasov". To tu spróbowaliśmy słynnej zupy ciorba de burtă, która okazała się po prostu flaczkami...













  • Niedziela, 30 lipca




  •        Poinstruowani poprzedniego dnia przez panią Ginę, autobusem miejskim podjechaliśmy na dworzec autobusowy za miastem i stamtąd złapaliśmy autobus do Branu, miejscowości ze słynnym zamkiem hrabiego Draculi. Co śmieszniejsze, pierwowzór słynnego hrabiego nigdy tu nie mieszkał, nie przeszkodziło to jednak w rozreklamowaniu miasta, które na każdym kroku przypomina o tym, że istnieje na użytek turystów. Niezliczone stoiska z kiczowatymi pamiątkami, gabinet "strachów" i mnóstwo ludzi oraz deszcz - tak właśnie przywitał nas Bran. Zwiedziliśmy jednak zamek i jego wnętrze oraz przylegający do niego mały skansen. Zamek wygląda może malowniczo, bo przypomina górską warownię, jest jednak zdecydowanie przereklamowany. O wiele bardziej podobał nam się zamek chłopski w Râşnowie, położony między Braszowem a Branem. Cudem wepchnęliśmy się w załadowany autobus i we dwójkę, bo Marysia i Szymon pojechali prosto do Braszowa, wysiedliśmy w miasteczku, z widocznym doskonale na wzgórzu zamkiem. Musieliśmy najpierw obejść wzgórze, by się do niego dostać, zeszliśmy jednak szybciej, schodami od zamku wprost do centrum. Zamek to praktycznie małe miasteczko otoczone murami obronnymi. Trochę śmieszył nas fakt, że wiele ze zniszczonych budynków jest wznoszonych na nowo. Współczesny budulec spotkaliśmy w wielu miejscach miasteczka, niemniej całość sprawia całkiem przyjemne wrażenie.
            Z Râşnowa dość szybko dostaliśmy się płatnym stopem do Braszowa, a potem, zaskoczeni przez nagłą ulewę, do domu. Nie mogliśmy jednak od razu wejść, bo rano nasi towarzysze podróży, którzy wychodzili za nami, zostawili na kwaterze klucze. Musieliśmy czekać na panią Ginę, która już wcześniej pozwoliła nam do odjazdu pociągu pozostać ze spakowanymi bagażami w mieszkaniu. Po kolacji, w towarzyszącym nam deszczyku, udaliśmy się na dworzec, by złapać pociąg do Suczawy. Bilet okazał się droższy, niż myśleliśmy, ale każdy wyszperał ostatnie leje z kieszeni i mogliśmy szczęśliwie zająć przedział i spędzić noc w pociągu w towarzystwie samych młodych i przyjaznych ludzi













  • Poniedziałek, 31 lipca


  •        Rano z dworca Suczawa Nord pojechaliśmy autobusem na dworzec autobusowy. Zostały nam wszystkim tylko 4 leje i na szczęście bilet kosztował 1 leję, tak więc kolejny raz się nam udało. Najbliższy autobus do Czerniowiec odjeżdżał dopiero za kilka godzin, bilet był droższy niż z Ukrainy na Rumunię, tak więc najbardziej opłacalne i najszybsze było dla nas znalezienie busa i ukraińskich nielegalnych przewoźników. Taksówkarze udzielili nam informacji, gdzie należy ich szukać (na dworcu nie mogą stać, gdyż działają nielegalnie), udaliśmy się więc szybko na duży parking przy markecie w pobliżu dworca, gdzie od razu zdybał nas Ukrainiec oferujący przewóz przez granicę. Był uprzedzająco miły, nawet na granicy wypełnił za nas karteczki potrzebne do jej przejścia. Dość szybko jednak znaleźliśmy się w Czerniowcach, gdzie zdecydowaliśmy się zostać cały dzień przed powrotem do Lwowa. Autobus jako środek transportu odrzuciliśmy, gdyż późno w nocy bylibyśmy we Lwowie. Pociąg odjeżdżał pod wieczór i na rano był we Lwowie, tak więc wybraliśmy ten środek transportu i problem noclegu rozwiązał się sam.
            Po zostawieniu bagaży w przechowalni dwójkami poszliśmy zwiedzać stolicę ukraińskiej Bukowiny. Udało nam się zobaczyć wiele zabytkowych cerkwi, z których na uwagę zasługuje sobór św. Mikołaja z charakterystycznymi, "poskręcanymi" wieżami. Korzystając z niskich cen poszliśmy gdzieś usiąść, niestety po Rumunii byliśmy rozczarowani obsługą i jakością usług kawiarni czy restauracyjek. Piwo, mimo że bardzo tanie, jest niestety "chrzczone" i często ciepłe, dania nie są podane w jakiś szczególny sposób i w dodatku jedzenia jest mało, dodatkowo kelnerki zachowują się tak, jakby ci łaskę robiły, że cię zauważają i obsługują, no i nie oddają reszty. A pizza, zdawałoby się, danie uniwersalne, jest maleńka jak nasze bułki - pizze. Jedyną zaletą są niestety tylko ceny, o wiele niższe niż w Polsce. Czerniowce mimo wszystko zasługują jednak na uwagę, nie tylko jako miejsce przesiadki w drodze do Rumunii.










  • Wtorek, 1 sierpnia


  •        Po przespanej całkiem wygodnie nocy w ukraińskich "kuszetkach" - plackartach, około 8 znaleźliśmy się we Lwowie. Zrezygnowaliśmy ze zwiedzania miasta na rzecz szybszego powrotu do domu. Zapchanym i śmierdzącym busikiem dojechaliśmy do granicy i po zrobieniu "wyskokowych" zakupów w przygranicznych sklepikach, poszliśmy na piesze przejście graniczne. Ludzi było dużo, jednak po dogadaniu się z celnikiem, zostaliśmy przepuszczeni poza kolejką. Złapaliśmy busa do Przemyśla (niestety, bardzo rozczarowani chamstwem znajdujących się w nim Polaków) i dojechaliśmy w ostatniej chwili, by złapać pociąg do Krakowa. Robert pobiegł kupić bilety i w pół minuty po jego wejściu (a raczej wskoczeniu) do przedziału, pociąg ruszył. W przedziale kobieta z dzieckiem, poczęstowała nas swoimi drożdżówkami, bo nie mieliśmy już wiele do jedzenia. Opowiadała nam również o swym synu, który mieszka w Przemyślu i żyje z przemytu. Całkiem opłacalny ten biznes, co zresztą mieliśmy okazję zauważyć na granicy. Ludzie w pasie pomiędzy granicami chowali się za budki i upychali w spodniach paczki papierosów...
            A my w Krakowie złapaliśmy przesiadkę do domu i już niedługo byliśmy u siebie. Na stacji Szymon, wymachując swym "świetlnym mieczem" po raz pierwszy od początku wyjazdu pokazał nam, do czego wykorzystuje noszone w plecaku rurki, a Mery, wyjmując pamiątkę z Braszowa - dwa ptaszki, wywołała salwę śmiechu. Tak to dobiegł końca nasz dwutygodniowy wyjazd. Jednak do Rumunii pewnie jeszcze kiedyś wrócimy, bo jest to na pewno kraj godny poznania.